Nieoficjale spotkanie z okazji urodzin (irc)Grażki w mieście prządek

Czwarte w tym roku (a drugie nieoficjalne), spotkanie kanału #trójka rozpoczęło się w piątek w Łodzi. Na dworcu kolejowym pojawiłem się chwilę po północy, a do Ziuty dowiózł mnie Kiefer. Obaj nie wiedzieliśmy czego spodziewać się w środku, i po chwili zaskoczyła nas duża liczba kanałowiczów. Okazało się, że uczestnicy zjeżdżali od południa.

Na miejscu praktycznie wszystko było przygotowane, ludzie w wesołych humorach toteż weszliśmy z Kieferem w atmosferę jak w masło. Tak duże grono osób oczywiście nie mogło zbyt szybko zasnąć, toteż rozmowy (oczywiście głośne i wesołe) trwały do rana (z zastosowaniem nawilżaczy gardeł). W międzyczasie odbyło się szukanie plecaka Bobstera, zaginionego w przestrzeniach Ziutowego mieszkania, nieustające fotografowanie co bardziej dziwnych min uczestników oraz "krótki pokaz jaśkowania", czyli loty jaśków napędzanych ręcznie.

Po krótkim (z konieczności) śnie rozpoczęliśmy dzień od porannej herbatki i oczekiwania na przyjazd Grażki. Ponieważ nastąpiło małe opóźnienie, poszliśmy na dworzez i odebraliśmy z niego Jaszę i Quarka. Okazało się (o ironio losu), że jechali razem w przedziale od Warszawy, a poznali się dopiero przy pomocy pozostałych ircowników, ale już taka to natura irc-znajomości. Po powrocie nie minęło wiele czasu jak powitaliśmy Grażkę i Karola. Po krótkich chwilach powitania wybraliśmy się niebawem na zwiedzanie łódzkiego ZOO.

ZOO ma całkiem niezłe "zaopatrzenie", niestety jak na mój gust niektóre zwierzęta powinny się jak najszybciej stąd "zwolnić". Warunki w niektórych klatkach są takie, że zwierzęta nie mają gdzie rozwijać swoich naturalnych skłonności do np. lotu czy skakania po drzewach.Ale takie są już "uroki" w większości polskich ogrodów zoologicznych. Na koniec wycieczki po ZOO zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na tle małpiarni (jak by inaczej!).

Po wyjściu ze zwierzyńca skierowaliśmy swe kroki z powrotem, zadbawszy o to by Grażka z Karolem zwiedzili jeszcze to i owo (czyli Meslandię - irc Ziuty krainę), gdy w tym czasie w mieszkaniu dokończono przygotowania do imienin Grażki. Po powrocie Grażki odbyło się uroczyste wręczenie Grażce prezentu - baniaka do wyrobu wina.

Niedługo nadszedł czas na odebranie kolejnych zlotowiczów, i niestety pożegnanie Quarka. Zrobiliśmy to hurtowo i błyskawicznie, wykonując manewr przechwycenia Studia na dworcu Łódź Fabryczna i udaniu się razem na Łódź Kaliską po Kobyłę. W tzw. międzyczasie przeżyliśmy w tramwaju spotkanie z kanarzycą podczas kontroli biletów. Drogę powrotną odbyliśmy pieszo, jak przystało na wytrwałych piechurów.

Po powrocie stwierdziliśmy, że towarzystwo powiększyło się o Tomka i Celinkę, po czym zabawa zaczęła się rozkręcać. Najpierw wychyliliśmy i odśpiewaliśmy uświęcony tradycją toast za Grażkę, a później były śpiewy, hulanki i swawole... ;). Na łożu małżeńskim Ziuty i Tomka zaczelismy sobie w kupie (bo tak raźniej) przypominać przeboje do śpiewania przy okazji chwycenia gitary przez Kobyłę. Przypominanie ciągnęło się długo i okazało się, że mogłoby trwać jeszcze wiele dłużej i tak w ogóle, że jest to świetna zabawa. Dalej nastąpiły tańce i różne poboczne ekscesy.

Bawiliśmy się w najlepsze do rana, urozmaicajac sobie noc przeciąganiem Jaszy w śpiworze po podłodze, polowaniami na koty i nocnych dyskusjach n/t sztuki nowoczesnej. Po chwili snu z włączonym czuwaniem zostałem wyrwany "delikatnym" kopnięciem w plecy (na następnym zlocie oddam). Stanowiło to sygnał, że lepiej darować sobie resztę snu. Kolejny dzień znowu rozpocząłem herbatką oraz małym co nieco. Głównymi daniami na zlocie były sałatki i wielki gar bigosu, który mimo chyba pięciokrotnego odgrzewania nie został w całości skonsumowany.

Niebawem nadszedł nieuchronny czas pożegnań. Pierwsi wyszli Kobyła z Gandalfem, nieco później Studio a zaraz po nich wyjechali Grażka, Karol i jedyna oprócz Karola i Tomka (męża Ziuty) nieircowniczka na imprezie Hanią.

Grażka przed wyjazdem zbadała czy wśród ircowników są energetyczne wampiry. Udało jej się to poprzez prosty test w zabieranie i oddawanie energii. Chętnych mimo ryzyka wykrycia było wielu, okazało się że największym wampirem jest Inez. Jako że wykryty wampir nie jest już groźny wszyscy się uspokoili.

Po krótkiej chwili opuścił nas Butch, a niedługo przyszedł czas i na nas, czyli Inez, Jaszę, Yennę, Carrambę, Pjotrra i mnie. Zaczęliśmy wychodzić, pożegnawszy przedtem Tomka, a reszta ekipy nas odprowadzała. Nie minęło wiele czasu jak kupiliśmy bilety, i wsiedliśmy do pociągu po ostatnich pożegnaniach.

Gdy odjeżdżaliśmy z dworca machali nam jeszcze Ziuta, Basia, Saar, Pudełko, Bobster i Kiefer. Po chwili kontynuowaliśmy naszą zabawę w śpiewanie piosenek (jakie się nam akurat przypomniały) w przedziale, aż do Warszawy gdzie i ja opuściłem wesołe towarzystwo.

Muszę szczerze przyznać, że jak na razie każdy zlot podnosi poprzeczkę wyżej. Aż się boję pomyśleć jak wysoko znajdzie się po kilku następnych spotkaniach. Mimo to czekam na nie pełen optymizmu.

Wasz wielce zadowolony

Murgen