Zlot #Trojka w Krakowie (27.11.1999)
hej ziuta!
jak było na spotkaniu?
naprawdę świetnie.
no nie jest to samo co prywatne spotkanie, ale też nikt nie oczekuje żeby takie było.
umówiłem się z basią i gandalfem, że pojedziemy tym samym pociągiem. gandalf wyskoczył na stacji i po chwili byłem już w pociągu, przycinając skutecznie pewnego pana drzwiami, co zniechęciło go od ożywionej konwersacji z nami. wyglądał na gadułę. przywitanie. oczywiście mocne kanalarskie uściski wzbudziły zainteresowanie współpasażerów. zaczęło się gaduuulstwo, gadulstwoo aż do krakowa. wysiadka. na peronie nerwowe spojrzenia, krzyk basi: jasza!! no i poznałem baaaaaardzo miłą młodą damę. oczywiście mogłem się jedynie przysłuchiwać, bo słowotok basi, jaszy i gandalfa nie pozostawiał mi innej możliwości :))
kierunek: dworzec PKS. czekamy na falarka. dłuuuuugo to trwało. w końcu pojawił się! według jaszy spóźniony 35 minut, według falarka 5 minut. drooooobna różnica! :))
zanosimy bagaże na dworzec, basia wykonuje szybki telefon do potfora i po chwili w szóstkę ładujemy się do jego samochodu. decyzja: kierunek wieliczka. w ścisku i niezwykłej wesołości dotarliśmy na miejsce. potfur przyznał ze to jego pierwszy raz. krakus! hmm.. właściwie niżej podpisany tez pierwszy raz ujrzał słońce w tym mieście, a wieliczki nie widział. potfur kupił bilety (potem były kłopoty ze zwróceniem - żądał wypłaty w piwie). czekanie na wejście trwało godzinkę. jesteśmy w środku. decyzja: przyklejamy kanałową naklejkę na ścianie hmm... pamiątkowej :)) lizanie ścian, potfur odkrywa nieznane oblicze kopalni - wynalazł wiadro budowlane za małym ołtarzem, po pół godzinie przewodnik jest nasz! nazywa nas swojsko i ciepło zakałami i elementami. w końcu dzięki nam wycieczka miała długość 50 metrów zamiast grzecznych 10!! mała przekąska w restauracji pod ziemią. dania wiatropędne, na które został namówiony przez potfora, biedny, niczego nie podejrzewający obcokrajowiec. z mina niepewna powiedział ze jadał już smaczniej. tylko tyle... miły pan!. brzuszki pełne. pan przewodnik wykonuje dziwne gesty. IRCtolerancja każe nam nie zwracać na niego uwagi. biedny miś - on nas wołał do wyjścia :)) jedziemy na powierzchnię. ciemność i potforne opowieści. powietrza! powietrzaaaaaa! jest! uff.
jedziemy na rynek. potfur w żywiole: winko grzane (bezalkoholowe rzecz
jasna), dzikie czapki, róże dla pań. telefon do gandalfa. dzwoni gerhard:
ger: "jesteśmy na rynku, czekamy na was"
gan: "tak wiem, w końcu was widzę!!"
rozwijamy trzecią kosmiczną i zaczyna się seeeeeeria powitań. szafot szuka żony swej barbary... sprostowanie: byłej żony. IRC jak las vegas. szafot jakby trochę nieświadomy rozwodu... mała tinuviel swoim uśmiechem przegania chmury.
trzeba by się zameldować w akademiku (zasługa equino). jedziemy i po chwili wracamy. dworzec PKP. ach te przywitania. poznajemy kilka mitycznych postaci jak aphazel. biedny wyczerpany aphazel, tuż po kole z analizy matematycznej, dostrzega w tłumie swojego kata profesora x. hm... może on też na spotkanie? nieee... ale adrenalina podskoczyła! szafot szuka żony swej żabci... bigamista!! nastrój euforii. pojawia się inez i pjotrrr. tiaaa...wszyscy? chyba wszyscy. na wszelki wypadek zostawiamy wiadomość. gdzie ją zostawić? mieliśmy się spotkać obok rzeźby podróżnego którego okradli w pociągu (brak garderoby)... jesteśmy mu coś winni - kartka z numerem gerharda przykrywa miejsce wstydliwe... :)) kierunek: herbaciarnia. było z tym trochę kłopotów, ale jesteśmy. pierwsze służbowe wystąpienie na spotkaniu: dama w służbie republiki #trojka basia_35 wstępnie informuje o stanie prac nad koszulka kanału. oklaski, gratulacje, wychodzimy. mamy rezerwacje w knajpie nowy kuzyn (zasługa inez).... tylko gdzie to jest? jest! wchodzimy. deficyt krzeseł. wszyscy siedzą? ciemność, ciemność widzę. gerhard rezygnuje z zabawy z kartką. spotkanie rozpoczęte. rozpoczyna się chat, przerywany co pewien czas pytaniami z gatunku.... zaraz niech sprawdzę.... tak! tym razem z gatunku radio... :)) kubaski, znaczki, kasety MC znajdują nowych właścicieli którzy zobowiązują się opiekować nimi w chorobie i ..... hmm... tiaaa.... powoli knajpa staje się przystanią dla cwałujących po rynku IRCowników. podobnie jak bar sałatkowy, który odwiedziłem dwa razy tej nocy. jest pomysł: idziemy do kina na "wojaczka". jasza, falarek, spajder, kobyła i ja pędzimy co sił w nogach - seans za 5 minut. powrót do przystani. sałatkowa kolacja, jeszcze pół godziny w nowym kuzynie i idziemy do akademika. po drodze zdzieramy głosy. repertuar dostosowany do stanu świadomości, a raczej zamroczenia. jesteśmy pod akademikiem. zostajemy zmierzeni wzrokiem jakże groźnym... trzeba by się umyć. ręcznik, mydło i lecę pod prysznic. wchodzę do kabiny.... hm... nie jestem sam. dowiaduję się że jestem zboczeńcem, podglądaczem, chamem, męska szowinistyczną świnia i tak dalej. po wyczerpaniu serii epitetów zostaję poinformowany, że szum wody jest wystarczającym sygnałem aby uznać prysznic za zajęty. hmm... no tak. to ma sens. wracam grzecznie do sali. impreza się rozkręca. zdjęcia grupowe, na których mnie nie ma bo ktoś musiał je zrobić...zdjęcie solo? nie dziękuje. nieeee.
basia i murgen w transie pieśni, piosenek, przyśpiewek. wszyscy beczą chórki. equino przerażony ucisza nas. kryzys autorytetu gospodarza.
nocne polaków rozmowy. jasza, falarek, murgen, arcus. anarchistyczna odmowa przyjęcia broni kontra buddyjskie poszanowanie wszelkiego życia. kobieta wolna kontra patriarchalny model społeczeństwa. wstęp do analizy samodestrukcji rafała wojaczka. reszta bawiła się normalnie :))
gerhard zadaje pytania tym razem z gatunku radio. błogi sen. gerhard opuszcza nas o 6ej. szkoda. pierwszy symptom końca spotkania. ogólna pobudka około 9ej. śniadanie. ooo! jaka ładna fajansowa cukiernica!
sprzątanie. ooo! jaki ładny zegarek! wymeldowanie. wychodzimy. kierunek: wawel. przelot przez rynek. kobyła kupuje czapkę stańczyka. będzie próbował wejść na wawel droga dla personelu. niedziela - wstęp wolny. myk, myk i wychodzimy. dłuuuuuga droga na kazimierz. jesteśmy.
mała rundka wokół rynku i telefon do potfora. chwile potem potforne przywitanie. kierunek? knajpa singer. zgodnie z nazwą stoły singlowe to maszyny do szycia firmy singer. zajmujemy największy. żywe opowieści, potforne żarty, rozjaśniają półmrok oświetlonej tylko świecami knajpy. aby powstrzymać drżenie rąk (to w końcu dwa dni bez IRCa) zabawiamy się świeczkami. cóż... czas kolejnych pożegnań. jedziemy po bagaże i na dworzec. jeszcze raz zegnamy się. niektórzy maja trochę czasu do pociągu. różowy słoń. szybka kolacja. żegnamy sie z pjotrrrem i inez. reszta tzn. basia, jasza, tinu, gandalf, falarek, potfur i ja wyruszamy na rynek. tiaaa... nie ma co ukrywać - już po spotkaniu. gorące pożegnanie z jaszą i falarkiem i w drogę na dworzec. na peronie żegnamy się grzecznie z potforem i w czwórkę wsiadamy do pociągu do świnoujścia. gandalf po raz drugi w życiu jedzie druga klasą. nie mija pół godziny i ja odpadam. żegnam się nieco chłodno. w końcu nie ma się z czego cieszyć. ostatnie pięć minut rozmawiam na korytarzu z gandalfem. wreszcie! to śmieszne, ale nie miałem okazji poważnie z nim porozmawiać podczas spotkania. trzebinia. wysiadam. hmm... tiaaa... wszystko co dobre szybko się kończy.
do zobaczenia następnym razem!
i niech cię nie będzie ziuta to inaczej pogadamy.
brakowało mi ciebie.
uffff.... skończyłem
03-12-99, 02:09 a.m.
arcus_