Wycinek z IV oficjalnego spotkania kanału #trojka (od ok.14:00 do ok. 22:30)*
[...] wjechaliśmy do "miasta" Łodzi i bez większych przeszkód dotarliśmy do centrum. Myszunia jako pilot była jak zwykle niezastąpiona i już po chwili znaleźliśmy parking wciśnięty pomiędzy stare kamienice. Tu tylko przez podwórze i już byliśmy na Piotrkowskiej. Szczęśliwym trafem wyszliśmy obok "Chinki" (sklepu z różnymi mniej i bardziej fajnymi przydasiami z Dalekiego Wschodu), który zlustrowaliśmy i poszliśmy dalej, ku "Grandce" - słynnej kafejce tuż przy Grand Hotelu. Tam bezik, bajaderka i dwie kawki. Dochodziła 14:00, więc pokłusowaliśmy w kierunku punktu zbornego (po drodze mijając ryksze - symbol nowożytnej Piotrkowskiej). Pomnik Kościuszki okazał się świetnym punktem orientacyjnym, gdyż sterczał w oddali, niemym głosem przywołując wszystkie zagubione IRCowieczki. A stadko było niemałe - jakieś 30 osób w "pierwszym rzucie". Przygotowani (wraz z Myszunią) na prima aprilis, właśnie chcieliśmy się przedstawić jako Szaman i Magia, ale zostaliśmy błyskawicznie zdekonspirowani przez Ziutę i "spaleni" oficjalnym wymienieniem nicków przez Gerharda. No cóż, kawał się nie udał, ale za to serdecznie przywitaliśmy się z tymi co już wiedzieli jak wyglądamy oraz tymi co właśnie się dowiedzieli. Nie muszę tu dodawać , że wzrok niektórych osób był na tyle zaskoczony, iż określenie "prosimy nie regulować odbiorników, Tygrysek wygląda tak naprawdę" byłoby chyba tu na miejscu. Zresztą tyczy się to chyba wszystkich tam zgromadzonych, gdyż "cybernetyczne wyobrażenia" rzadko pokrywają się z "rzeczywistością niewirtualną". Chodziliśmy więc "od jednej do drugiego" (to taki neologizm), starając się zapamiętać to ulotne powiązanie twarzy z nickiem i nicka z wyobrażeniem, do którego wzmiankowana twarz w ogóle nie pasuje. Wreszcie grupa skupiła się w pierwszej fotce zbiorowej i ruszyliśmy "w miasto". A konkretnie do "Trójkącika" czyli stoiska iście trójkowego w pobliskim sklepie muzycznym. Tam "szarańcza" rzuciła się na gadżety, ale i tak Kobyła "zakosił" najlepszą czapeczkę. Ci co nie gustowali w koszulko-czapko-kubkach, szwędali się po sklepie w poszukiwaniu muzyki. A było w czym wybierać i "niestety" pokusa była dla wielu nie do odparcia (włączając w to moją skromną osobę). Po udanych (jak sądzę) zakupach, obraliśmy kierunek "wzdłużny" - znaczy się wzdłuż Piotrkowskiej, a to by pogadać, a to by pstryknąć sobie portretowe zdjęcie z Tuwimem, a to by posłuchać historyczno-krajoznawczych opowieści o rodzimym mieście Kiefera. Trzeba przyznać, że łódzki deptak wiele zyskał ostatnimi czasy i jest na czym oko zawiesić. Lecz doznania wizualne szybko zostały przytępione burczeniem w brzuchach zlotowiczów, więc cóż było robić? Do paśnika! Nazwa "Saigonka" oddawała wietnamskie korzenie kucharki oraz studencko-polski wystrój wnętrz, a raczej "zewnętrz", gdyż jadłodajnia była na świeżym powietrzu. Zarezerwowałem stolik "dla dwojga" przy ławie dla "ośmiorga" i czekałem spokojnie w kolejce na akces do okienka "zapodajnego". W międzyczasie co bardziej szczęśliwi już posilali się indochińskimi specjałami, dając wgląd reszcie grupy zarówno na wygląd potrawy, jak i ewentualne efekty uboczne. Pogotowie ratunkowe, które przyjechało niebawem, wbrew pozorom nie zostało zawezwane do ostrego przypadku zatrucia pokarmowego lecz wiedzione instynktem łowcy, zwęszyło zwierzynę... znaczy kurczaka w sosie słodko-ostrym. Objedzeni jak bąki wyturlaliśmy się znów na Piotrkowską obierając kierunek przeciwny do uprzedniego. Gdzieś po drodze impresja złożona z klatki schodowej i witrażu z łabędziem (czy to był Dom Nauczyciela?) i znów byliśmy "na placu spotkań". Czasu do "drugiego wysypu" było sporo, więc jeszcze wypad do Pałacu Poznańskiego (tuż obok piękna fabryka) i dalej "po kwadracie" (że zacytuję tu Kiefera) powrót do punktu wyjścia. Wreszcie nadeszła 17:30 i objawili się ci, których przedtem nie było. Czekaliśmy co prawda do 18:00 na jakąś tajemniczą ekipę z jeszcze bardziej niesprecyzowanego dworca, ale w końcu Ziuta zlitowała się nad Gerhardem i przyznała się, że to ona dzwoniła - tradycji pierwszokwietniowej stało się zadość, a ofiarą "podpuchy" padł sam "cappo di tutti cappi" Gerhard! Ruszyliśmy do "Karczmy", czyli miejsca ostatecznego spoczynku (nie chodzi tu bynajmniej o cmentarz). Tu wpadliśmy w pasję twórczą (chyba same inżyniery i architekty wnętrz, czy co...) i zaczęliśmy przestawiać stoły aby pomieścić nas wszystkich, a trzeba powiedzieć, że było tego z 50 osób! Raz wyszła nam duża cyfra 3, raz chyba hash, ale coś nadal nie konweniowało. Ostatecznie powastała jedna długa ława "z rozdęciem". Siedliśmy, zamówiliśmy trunki i popitki... Co bardziej zgłodniali rzucili się na żurki, kiełbasy, bigosy i swe partnerki (ooops...;). Gerhard, po wstępnym zagajeniu, rozpoczął niekończącą się falę konkursów i dyskusji na tematy różne (znaczy konkursy były "trójkowe", hehe). W tle przygrywała kapela na tamtamie i gitarze, ale za to swojskie kawałki (przy odrobinie dobrej woli odnajdywało się tam utwory "The Beatles", "Nirvany", "Pink Floyd" i czegoś tam jeszcze...). A przy stole fruwały płyty i kasety, ankiety koszulkowe, znaczki #trojka, ankieta Arcusa w sprawie przyszłości radiowej Trójki... I dzwoniła Żyrafka, i Kiefer działał jako Główna Informacja PKP, i zrobiliśmy się znów głodni, i znowu jakieś drinki (nie zawsze soft), i zrobiło się późno.... bardzo późno - znaczy wpół do jedenastej. Tygrysek zaczął zmieniać się w dynię, Myszunia gubiła pantofelek na schodach - znak, że czas na nas. Jeszcze czułe pożegnania (a stół był dłuuugii) i cóż, w drogę. Samochód jak wierny rumak czekał na parkingu i przez zamglone szosy, ciemne pola i śpiące już wsie pognał do domu [...]
Tygrysek (z Myszunią)
* Relacja subiektywna, pokrywająca jedynie czas wzmiankowany w tytule. Wszelkie niezgodności i przeoczenia są niezamierzone. Resztę relacji oraz spojrzenia z innych perspektyw proszę uzyskiwać od współzlotowców (których nicków nie zamieszczono w powyższym tekście z powodu braku miejsca oraz sklerozy ;)))