Poniższy tekst jest próbą wydobycia z pamięci wspomnień chwil pięknych i przerażających
zarazem (proszę zwrócić uwagę na kwadracik w czerwonym kółeczku obecny w prawym
dolnym rogu ekranu).
Obłożenie energetyczne odpamiętywanych treści (proszę wybaczyć ten psychoanalityczny
żargon) jest wyjątkowo wysokie, stąd możliwe niespójności w narracji i logice
wewnętrznej przekazu. Ze względu na niewielki budżet niniejszej produkcji zrezygnowano
z wątków sensacyjnych i erotycznych. Za wszelkie uchybienia ani nam się śni
przepraszać. Jak się komuś nasze sprawozdanie nie podoba, to sobie może napisać
własne.
Zloty mają to do siebie, że trzeba na nie dojechać. Niestety, ta część przygody
(jak i jej odwrócona sekwencja w postaci powrotu) nie jest wspólna wszystkim.
Zaiste wielka to szkoda. Opowiem więc, gdzie ja byłem i co ja widziałem...
W piątek, 25. 04. 2003, ni stąd ni zowąd znalazłem się w Nowej Hucie, gdzie
równie niepostrzeżenie pojawiła się Aurelia, z którą zaczęliśmy udawać, że znamy
się od co najmniej 20 lat. Przez jakieś 15 minut czekaliśmy niecierpliwie na
Kukacza, który miał nadjechać od strony zachodzącego słońca, aż w końcu zaniepokojona
Aurelia poszła zadzwonić do zupełnym przypadkiem stojącego obok budynku szkoły,
ponieważ miała rozładowany telefon i potrzebowała prądu. Odłączyła automat do
kawy i...okazało się, że Kukacz czeka na nas od jakichś 15 minut, dokładnie
po drugiej stronie ulicy.
Jazda z Kukaczem to niezapomniane przeżycie - nikt tak nie potrafi jeździć po chodnikach. Jestem pod wrażeniem. I właśnie tak sobie jechaliśmy lśniącą ąkodą Balbiną, słuchając Fisha (to nie pomyłka w zapisie) na instalacji, która przypominała raczej serwerownię Pentagonu niż sprzęt grający...gubiąc drogę tak ze trzy razy.
Gdzieś koło 21.00 byliśmy na miejscu...nie wiem od jak dawna Airborn stał na
tym poboczu, ale dzięki niemu nie pobłądziliśmy po raz czwarty.
W kuchni, w której od 2 godzin ekipa składająca się z: Basi (znanej też jako
Dobranoc), Gandalfa (znanego też jako ^Gandalf), Briseis (znanej pod tyloma
różnymi imionami, że najstarsi jurajscy górale się w tym gubią...), Jagienki2,
Garfilda, Gorodo, Crocarta, no i Maksi (psychopatycznego psa-seryjnego mordercy,
należącego do mamy Basi) próbowała ugotować makaron, nastąpiło żywiołowe powitanie.
Ogólnie było bardzo żywiołowo (a może to ja byłem tak zmęczony podróżą?)...
Spektaklu wyreżyserowanego przez Garfilda odsłona pierwsza...
Przede wszystkim: charakterystyczny odgłos powstający przy otwieraniu puszki
z piwem rozlegał się regularnie...
Jeśli chodzi o dialogi, to zaczęło się chyba od dyskusji o legalizacji marihuany,
przeszło przez kręcenie filmów porno - rytm nadawali spierający się (gdyby wszyscy
się tak "spierali" na tym świecie, to jagnię mogłoby beztrosko swawolić
z lwem, czy jak to leciało...) Kukacz i Garfild (stoik vs cynik;)) - a następnie
Garfild zaczął przedstawiać nam swój nowy projekt: chce zająć się filmowaniem
porodów. Takich prawdziwych. Zastanawialiśmy się wspólnie jakie to ma szanse
powodzenia...
Później Garfild przystąpił do realizacji oszałamiającej choreografii, tańcząc
zmysłowo z Briseis, i prowadząc jednocześnie z Kukaczem dyskusję na temat: "na
co może kobieta pozwolić mężczyźnie
w takich sytuacjach, a na co nie". Było w tym tyle emocji i nadprzyrodzonego
piękna, że się popłakałem.
Po drodze okazało się, że na korytarzu pod schodami stoi pianino...ktoś (ekhem)
zagrał na nim coś bliżej nieokreślonego (Airborn upiera się, że to były "Schody
do nieba", ale ja bym się zastanawiał)... No i wtedy pojawili się Niemcy...
Powołali się na ciszę nocną, konwencję genewską, regulamin konkursu chipsów
starfoods, i cholera wie na co jeszcze...no i postraszyli nas, że jak się zaraz
nie uspokoimy, to króliczek może mieć kłopoty...czy coś w tym stylu. A przecież
było ledwie po północy... (około 3.00 w nocy, któryś z nich wybiegł na korytarz
i ryknął, aż echo się zmieszało: "%^$#@, spokój!!!" No i kto tutaj
zachowywał się nieładnie?)
Na dobranoc (proszę zwrócić uwagę, że słowo "dobranoc" zostało napisane
z niewielkiej litery) Garfild zaserwował nam atak amnezji. To co się wtedy działo
wymyka się jakiemukolwiek opisowi. Jedyne co jestem w stanie z siebie wydać
na wspomnienie tych chwil, to nieopanowany chichot... Zapytajcie Maksi. Nawet
po jej pysku (nie sugeruję tutaj, że pozostali bohateiros tej sceny posiadali
pyski...to taka śmieszna konstrukcja zdania) łzy śmiechu spływały ciurkiem.
Chwilę przed 4.00 zapadłem w kamienny sen...ominęło mnie zamieszanie jakie wywołał
sms od Ziuty, który przyszedł gdzieś koło 4.10 (wygrało wino "Ambasador")...zapomniałem
wyłączyć telefon, a radiomagnetofon, który stał niedaleko mojego łóżka reagował
na fale elektromagnetyczne tak jak szyba reaguje na drapanie po niej pazurami...
Według relacji, tylko ja i Garfild nie zerwaliśmy się z łóżek.
Rano (o 8.00) mieliśmy odebrać NICOLL z Zawiercia...ekhem...NICOLL przyjechała
o 9.00 autobusem. Jak zwykle narobiła Szumu (banzai) :))) Obudzili się wszyscy
oprócz Garfilda...nawet Maksia wrzucona na jego posłanie nie dala mu rady...ani
się nie poruszył. Kiedy my nieodpowiedzialnie i niefrasobliwie budziliśmy się
w pokoju (co za hałas, co za szum), Airborn musiał wysłuchiwać reklamacji w
języku niemieckim...
Później poczłapaliśmy całą szajką do sklepu mieszczącego się w remizie strażackiej...ja
tam kupiłem sobie piwo na śniadanie, ale reszta widać była bardziej głodna,
bo im zeszło. Kiedy wróciliśmy (ok. 11.00) przyjechał kolejny autobus...przywiózł
Hatsumomo i Zelazko. Jakoś wtedy obudził się też Garfild, co oznaczało, że wszyscy
już doprowadzili swoje umysły do stanu czuwania. Chwilę po tym, jak spod ziemi
wyrósł Falarek...do tej pory nie wiem jak on to zrobił.
Gandalf i Basia wystawili stół z kuchni przed schronisko (był przecudny dzień,
słońce grzało jak marzenie) i towarzystwo przeniosło się na zewnątrz. W międzyczasie
dziewczyny wrobiły mnie w zrobienie wielkiej jajecznicy...no to ją zrobiłem
- jednej z nich kazałem obrać i podsmażyć pieczarki, drugiej skoczyć (ale już!)
do sklepu po przyprawy, a trzeciej usmażyć tę jajecznicę...na koniec ja ją doprawiłem,
spróbowałem, zatwierdziłem i podałem na stół. I tak oto zostałem autorem wielkiego
śniadania zlotowego (jak Kukacz bosko pochłaniał tę jajecznicę, to aż serce
rosło). Ogólnie był to jeden z najspokojniejszych momentów zlotu - porozmawialiśmy
sobie grzejąc się w słońcu, czy to na wycieraczce, czy gdzie bądź. Oczywiście
kupa śmiechu przy tym, bo to zlot kanału irc #trójka był, że tak przypomnę.
Gdzieś koło 12.30 Airborn wreszcie "przekonał" nas do wymarszu "w
góry" (jak to określił Garfild). (Przypominam, że to była tylko jura krakowsko-częstochowska)
Zamknęliśmy schronisko, a na drzwiach przybiliśmy kartkę z informacją, że "jesteśmy
w górach".
(wtedy przyjechał jakiś ktoś z żoną i dzieckiem, ale ja nie poznałem...podobno
to jakiś nasz wujek był, czy jak...pytajcie Airborna, albo Gandalfa. [A byli
to dostojni goście, trzy dobre dusze z dalekich krain :-) - przyp. red. ])
Ależ było cudnie na tym spacerze...mknęliśmy niczym elfy przez las (w szyku
grupy ustaliła się pewna prawidłowość, przez co patrząc z boku wyglądało to
raczej jak grupa elfów w towarzystwie Gandalfa uciekająca przed bandą orków),
po skałkach jakichś, szyszuniach i gałązkach...a pogoda piękna. Konfiguracje
personalne zmieniały się dość często - spacerek trwał jakieś 3,5 godziny, więc
był czas na rozmowy. W pewnym momencie Garfild dopatrzył się miedzy drzewami
jeziora albo nawet morza...jego intuicja okazała się prawie trafna - była tam
całkiem pokaźna górka (z lodowcem), a na niej zamek, który zwał się Morsko...
Można by tak opowiadać i opowiadać...mówiąc krótko - była to wypadkowa wszystkich
tych zwichrowanych osobowości, które pojawiły się na zlocie - najsłodszy chaos,
sodomia i gomoria, apokalipsa! Na szczęście Airborn uparł się, że mimo wszystko
wyprowadzi nas z tego lasu...
Kiedy wróciliśmy około 16.00, czekali na nas Anusia i Qarabasz z Gosią, oraz
Pedross. No i znowu oddaliśmy się rozmowom "na spokojnie".
O 17.00 Kukacz z Aurelią odwieźli NICOLL do Zawiercia...o 18.00 to samo zrobili
z Falarkiem Anusia z Qarabaszem, którzy musieli już wracać do Krakowa. (Zrobiło
się trochę smutniej.)
Ale od tego momentu zaczął się prawdziwy cyrk...
Airborn zarządził zbieranie drewna na ognisko. Nie wiedzieć czemu nie poparł
naszej propozycji, żeby w tym celu rozebrać stojącą nieopodal stodołę, czy co
to było, i musieliśmy iść przez pół wioski w poszukiwaniu opału. W końcu dotarliśmy
do całkiem obiecujących drewnianych chabazi i zaczęliśmy je porządkować. W międzyczasie
wyskoczyła jakaś starowinka, wyzywając nas od szabrownikow, ale urok osobisty
Gandalfa (czary) i talent dyplomatyczny Garfilda (hehehe) załatwiły sprawę.
Korzystając z faktu, ze w grupie było kilkoro mgr inż., opracowaliśmy plan przetransportowania
tej kupy drewna na drugi koniec wioski. I tak po kilkunastu minutach powstała
konstrukcja, której nie powstydziliby się babilońscy budowniczy maszyn oblężniczych
(niedługo będą zdjęcia (???), więc zrezygnuję ze szczegółowego opisu). Ale to
co się działo po drodze (konstrukcja owa wraz z nami zajmowała połowę szosy),
będą w tej wiosce pamiętać chyba jeszcze przez lata...
Jakoś przed 20.00 rozpoczęło się ognisko...
Początek był sielankowy...okazało się, że ten niezidentyfikowany wujek przywiózł
gitarę, która natychmiast została mu odebrana. Gorodo udostępnił swój monstrualny
śpiewnik. Pozostali koledzy udostępnili jeszcze coś, na co ostatnio spadła akcyza.
O piwie nie wspominam, bo to chyba oczywiste...
No i zaczęło się...sprofanowaliśmy niezliczoną ilość polskich piosenek (żadnej
nie udało się zaśpiewać w całości i zgodnie z oryginałem), usmażyliśmy wiaderko
kiełbasy, cały czas prowadząc rozmowy ogólne, synchronicznie z prywatnymi (dokładnie
jak na kanale)...czas mijał niepostrzeżenie, po żyłach rozchodził się ogień.
Pedross, Crocart i Gorodo wznosili się na szczyty wirtuozerii, pieszcząc struny
gitary niczym...wiecie o co chodzi. A Garfild jako Janis Joplin, zamienił Rzędkowice
w Woodstock.
No a później...nie mogliśmy zrobić nic, sterowani byliśmy wciąż...
Tak czy inaczej, spektaklu wyreżyserowanego przez Garfilda, odsłona była druga...
Ja obudziłem się o 8.00... Do 9.00 trwało budzenie się grupy (nie dotyczy Garfilda
i Kukacza) - rozmowy w półśnie, przewracanie się po wyrkach, ziewanie i mamrotanie...później
przyszły pierwsze wspomnienia i refleksje, hehehe...mamo.
Koło 10.00 obudziliśmy chłopaków (o 11.00 mieliśmy oddać pokoje) i właściwie
zaczęły się powoli rytuały pożegnalno-wyjazdowe (wymiana, bądź aktualizacja
danych, obietnice, interesy...) Gdzieś przed 11.00 wyjechali Basia, Gandalf,
Maksia i Airborn...było trochę śmiechu przy próbie zapakowania plecaka Airborna
do bagażnika fiesty, a później zapakowania samego Airborna na tylne siedzenie.
Co by to było, gdyby nasz kolega urósł jeszcze większy? Maksia uśmiechała się
dziwnie, kiedy samochód powoli wyjeżdżał poza bramy schroniska...
Chwilę później pojechała Jagienka autobusem. My posprzątaliśmy kuchnię i porobiliśmy
jeszcze trochę zdjęć (w międzyczasie Garfild oddając się w opiekę św. Antoniemu
dokonał rzeczy niemożliwej - odnalazł zgubione okulary...był szczęśliwy jak
dziecko).
Koło 12.00 wyjechaliśmy (Kukacz, Aurelia, Crocart, Zelazko i ja) do Krakowa,
zostawiając na miejscu Briseis, Gorodo, Hatsumomo, Garfilda i Pedrossa.
Oczywiście po drodze do Kraka, ubawiliśmy się jeszcze bonusowo...eeeeeech. Do
domu dotarłem dokładnie o 15.04...niewyspany, przemoczony (niedziela była deszczowa)
i głodny, ale szczęśliwy...
Bosko było :)
Wdzięczny za wspaniałe towarzystwo
i świetną zabawę
wszelkie uwagi, skargi i zażalenia proszę kierować na adres:
calacek@poczta.onet.pl