Akt 1. Na tropach agafki
Agafka zgubiła się na Pogodnie. Poszła tam gdzieś i chyba mieliśmy ją nawet odebrać, ale po tym jak zostawiła telefon na tylnym siedzeniu auta (co odkryliśmy wyszedłszy od fryzjera-geja) uznaliśmy, że agafka jest nie do odzyskania.
To był piątek przed zlotem, co ujawniam by uspokoić tych, co zastanawiają się już czy przypadkiem nie byli na jakimś innym zlocie. Wtedy właśnie rano przyjechał falarek - agafka była zadomowiona już od czwartku. Przyzwyczailiśmy się do niej i tym bardziej było nam szkoda, że zaginęła.
W planach dnia mieliśmy następujące punkty: a) odebrać calaca z dworca (nie udało się wskutek nieobecności calaca na dworcu), b) coś robić (jedliśmy buczynę i gubiliśmy agafkę), c) odebrać Ślązaków z dworca (udało się, chociaż Aleksandry zapomniały wysiąść, znalazł się za to calac) oraz d) przestać w końcu jeździć tym autem kiedy tyle wina dookoła (udało się, choć już w to nie wierzyłem). Przedzlotowa impreza skończyła się ok. 5 nad ranem w sobotę, kiedy to Torney wywiózł Imienniczki w nieznanym kierunku.
Oczywiście agafka znalazła się w międzyczasie, spryciara.

* * *

Akt 2. The Wandering Rocks
Mrugnąłem oczami i już trzeba było mknąć na stację. Jeden pociąg z Olsztyna, drugi z Niką, trzeci z Gandalfami i zrobiło się ciasno na 12. piętrze. W autobusie B potrzebowaliśmy już jakby mniej miejsca, w schronisku zajęliśmy dwa pokoje - zajęliśmy i wyszli, jedni na dworzec po yenndzę i antośkę (by później zabłądzić), inni do baru (by m.in. poczekać na tych co zabłądzili). Agafka wtedy zwiała już na dobre, więc dalej trochę poubarwiam, żeby jej było żal.
Poszliśmy już nieco większą bandą zwiedzać pobliskie atrakcje turystyczne (co pominę) i ponieważ ciągle było za dużo czasu, poszliśmy marnotrawić go do kawiarni, gdzie oddawaliśmy się rozmowom o pogodzie oraz obserwacji bliźnich. Airborn zwiedził Muzeum Morskie. Imienniczki prowadzone przez Ceratkę niby to na pocztę zwiedziły niechcąco także inne miejsca.
Potem zostawiliśmy ich wszystkich w schronisku na godzinę czy dwie żeby wykorzystać przewagę tubylca (wanna) i spotkać się ponownie już we właściwej knajpie pić Bosmana w szklankach Okocimia - i odwrotnie.
Po powrocie do schroniska (a z kronikarskiego obowiązku dodam, że nikogo nie trzeba było wnosić) jęliśmy degustować miód z abażura (p. fotografie) i inne trunki z pośledniejszych naczyń, co pośrednio zaowocowało wizytą pani z Caritasu (troszczyła się o nas bardzo, ale przekonaliśmy ją, że damy sobie radę - i że calac nie będzie się już skradał najeżonymi kamerami korytarzami). W końcuśmy zasnęli, chociaż tego akurat za dobrze nie pamiętam.

* * *

Epilog
Odjeżdżające pociągi są tak smutne, że lepiej o tym nie pisać wcale. Coraz mniej osób machało. Becia, Gandalfy, do baru, calac, do baru, Olsztyn, do baru, airborn z dziewczętami, na paszteciki, Warszawa. Została nam Nika, którą odprowadziwszy dopiero po 20 zakończyliśmy zlot.
Zostało nam po nim trochę wina - najwyraźniej było obliczone na bratAmena - i pusty dom.
To wypiliśmy wino i poszliśmy spać.