Sprawozdanie z I zlotu Kanału IRC #Trojka by GeRhArD

No cóż wszyscy harcownicy. Już po pierwszym spotkaniu. Kto był ten się cieszy (chyba), a ci co nie byli będą mieli okazje przybyć na następne spotkanie , o którym informacje podam trochę później. Według mnie spotkanie, które odbyło się w sobotę - trzeciego lipca 1999 w Warszawie było generalnie udane - ludzie dopisali (może z małymi wyjątkami).

Swoje wyczekiwanie na przybywających zacząłem generalnie wcześnie - bo już 50 minut przed terminem. A to tylko z tego powodu, że trzeba było jakoś załatwić wejście do radia. Pierwsi zjawili się Yenna z Kobylą - oczywiście z powodów wiadomych nie rozpoznaliśmy siebie i tak sobie siedzieliśmy. Yenna zakupiła kubeczek sobie, już nowy - trójkątny, który zresztą służył jej później bardzo skutecznie przy konsumpcji napoju (tu mrugam okiem) bezalkoholowego. Jeżeli już mówię kto przybywał, to już wyśnię całą listę obecności. W kolejności wpisów do "księgi" spotkania: @GeRhArD, Yenna, Brzoza, Kobyła, Cezane (x2), Studio, @Szafot, zabusia, Animal, QuarK, @^Gandalf, jjoan, falarek, dracu, @Inez, Bobi, Pjotrr, Spajder, PeterB.

Jak widać 20 osób. Jak na pierwsze spotkanie, to chyba niewątpliwy sukces. Niestety nie dopisali operatorzy. Kiefer z powodu zmęczenia nie pojawił się. Nie pojawili się też inni z "władz" kanału. Nasza czwórka musiała radzić sobie za wszystkich.

Około 15.40 - ostatni przyszli ci, którzy mieli najbliżej - czyli Inez z Pjotrrem. Rozpocząłem próby wprowadzenia całej wycieczki do radia. Po drobnych perturbacjach ze strażnikami udało się! Dzięki uprzejmości redakcji koncertowej PR III PR w osobie Pani Sylwin spędziliśmy w radio godzinę. Rzeczowe pytania zadawane przez Szafota, Brzozę i innych zajęły bardzo panią oprowadzającą, która po raz pierwszy miała okazję bawić się w przewodnika. Gdy powiedziałem jej (już poza uszami wszystkich), że większość z nas się nie zna w ogóle - to znaczy w świecie trójwymiarowym, była wyraźnie zdziwiona i zaskoczona. Dzięki jej uprzejmości Yenna i Studio otrzymali swoje IRCowe nagrody. Jedynej osoby, której wszystkim brakowało był Niedźwiedź...

Po krótkiej (a może nawet długiej) wizycie w sanktuarium każdego bywalca #trojka udaliśmy się spacerowym krokiem do Parku Łazienkowskiego i przy akompaniamencie bzyku komarów rozpoczęliśmy wstępny rekonesans siebie generalnie. Na ławeczkach rozpoczęło się twórcze dzieło zapełnienia "księgi" kanału. Mam nadzieję, że po zeskanowaniu prace wszystkich (no, może oprócz mojej), będzie można zobaczyć na stronie naszej. Mam również nadzieję, że zdjęcia, które robiła żabusia pojawią się na stronach również.

Łazienki były piękne, ale musieliśmy ruszać dalej. W oczekiwaniu na autobus pomogły nam opowieści Szafota o przygodach w zajezdni autobusowej, oraz tajemniczy napój mocno czerwonego koloru, który pili prawie wszyscy... Szafot ogólnie chyba postanowił wziąć na siebie rolę spotkaniowego wodzireja... (czekamy na wypowiedź Szafota w tej sprawie). Autobus w końcu przyjechał a my myk myk i już byliśmy na starym mieście. Myślę, że w tym tłumie musieliśmy wyglądać na rasową wycieczkę, a my tym czasem udawaliśmy się do ulubionego sklepu Yenny. Zwykłe delikatesy, ale cóż - należało się zaopatrzyć w napoje, które później piła Yenna ze swojego kubeczka, zakupionego w sklepiku walendziku. Po zakupach, udaliśmy się pod skarpę - koło fontanny. Tam 2 godzinki lenistwa na trawie przy piwku i rozmowach, przy szumie flamastrów, które ozdabiały kolejne kartki "księgi". No i oczywiście piesek, z którym bawił się Kobyła (zabawa polegała na rzucaniu pieskowi piłeczki, a później na próbie mu jej odebrania). Pies otrzymał nawet swoje imię, jednakże nie powiem jakie .. ci co wiedzą, to wiedzą dlaczego... Ach, przy okazji póki pamiętam pozdrowienia dla Szamana, który dzwonił kilka razy z pozdrowieniami, i pił za nasze zdrowie (a my piliśmy za jego zdrowie)... Propozycja Szafota, aby małpy udały się na stojące blisko drzewo została przez @ przyjęta z niechęcią. W tej części spotkania pożegnaliśmy Cezane (x2) i brzozę... o godzinie po 20:00 udaliśmy się spokojnym krokiem do Harendy - znów przez nieszczęsne Stare Miasto pełne ludzi.

W Harendzie dużo ludzi - ale znaleźliśmy stolik przy którym zmieściliśmy się wszyscy. Pierwsze zamówienie było efektem kilkuminutowej pracy Yenny. Nie będę robił reklamy Guinessowi, ale chyba będzie to oficjalne piwo kanału. Rachunek się ostal. 17 uczestników spotkania zapłaciło 114,50. Bardzo zabawny był obsługujący nas kelner - Ali. Trochę zagubiony... e tam trochę - zagubiony straszliwie, ale jakoś zamówienia dochodziły, mimo, że Kobyła czekał na kurczaka baardzdługo, a ja na kiełbaskę też baaardzo długo.

Po 24:00 została nas już tylko szóstka. Reszta udała się do domów - czy do pociągów. Wytrzymaliśmy do drugiej. Niestety ktoś planujący muzykę w Harendzie chyba zapomniał zmienić płyty, i leciała w kółko ta sama melodia. ... totalna psychodelia, więc nie wytrzymaliśmy już i poszliśmy z powrotem na stare miasto... tam przy skarpie posiedzieliśmy jeszcze trochę - ja nakłoniony przez Yenne zbiegłem na dół skarpy (zaraz przy końcu musiałem się z powodu rosy przewrócić... aaaa) i po krótkim ustalaniu postanowiliśmy udać się już na spoczynek. Rozstaliśmy się o 2:30 na skrzyżowaniu Nowego Świata i Świętokrzyskiej. Spotkanie zakończyło się... (no i jeszcze podróż 609 do domu)...

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy się zjawili za obecność, za postawę i za całokształt. Mam nadzieję, że kolejne spotkanie będzie przynajmniej tak dobre jak to.

GeRhArD