SPRAWOZDANIE ZE SPOTKANIA KANAŁU #TROJKA

Spotkanie zostało zaplanowane w ostatniej chwili na 3.07.1999. Według planu miało ono się zacząć o godzinie 15.30 w budynku Trójki przy ulicy Myśliwieckiej. Ludzie zaczęli się schodzić na umówione miejsce trochę wcześniej. Część osób tkwiła już w Warszawie od rana; było to zależne od godziny przyjazdu pociągu. Każdy nowoprzybyły przedstawiał się swoim nick'iem. Był to moment wzajemnego oceniania się, kto jak wygląda, jaki jest, jak się zachowuje. Na spotkaniu byli obecni między innymi: Gerhard, Szafot, Inez, Pjotrr, Gandalf, Kobyła, Studio, Yennefer, Brzoza, Cez, Ann, Quark, PeterB, Animal, Spajder, Falarek, Bobi, Dracu i ja czyli Jjoan. Falarek jako postać typowo baśniowa musiał koniecznie zaznaczyć swoją obecność w budynku radia - rozlał pepsi (dobrze, że nie na siebie, a na podłogę).

Dzięki znajomościom operatora Gerharda weszliśmy tam, gdzie się wszystko zaczyna i kończy czyli do reżyserki. Niestety nie doszło do naszego spotkania z dyrektorem Piotrem Kaczkowskim nad czym wszyscy ubolewaliśmy. Zamiast niego przed mikrofonem zasiadał Leszek Adamczyk co widzieliśmy na własne oczy przez szybę w reżyserce. Natomiast tajniki dotyczące pracy w radio przekazała nam pani Zofia SYLWIN. Później przeszliśmy zorganizowaną grupą do Łazienek gdzie Gerhard przypomniał wszystkim początki działalności naszego kanału i rozpoczął się maraton wpisów pamiątkowych do Trójkowego Zeszytu. Przy okazji staliśmy się pożywką dla miejscowych komarów, które nie przepuściły żadnej kropli krwi. Następnie pojechaliśmy na Starówkę, gdzie na skarpie za Barbakanem uczciliśmy nasze spotkanie. W międzyczasie kilkakrotnie dzwoniła komórka Szafota. Powody były różnorodne poczynając od pozdrowień od Ziuty a skończywszy na prośbie o pomoc, bo ktoś zgubił się po drodze. W tym czasie opuścili nas już Brzoza, Cez i Ann. Pożegnaliśmy ich bardzo głośno.

Gdy odpoczywaliśmy pod drzewkiem dołączył do nas pies pod wdzięcznym imieniem Iwet domagając się zabawy małą, różową piłeczką. Spełniliśmy jego oczekiwania, głównie Yenna i Kobyła. Po mile spędzonym czasie ruszyliśmy do Harendy. Była ona ciężka i wiodła pod górę. Jej "owocem" jest połamany klapek Żabusi, która przez kilka minut chodziła jak kaczka dopóki Dracu nie pożyczyła jej swoich butów. Po dotarciu na miejsce spoczęliśmy spragnieni i głodni. Niestety nasze apetyty nie zostały zaspokojone do końca. Powodem był brak jedzenia. Na nasze szczęście piwa nie zabrakło. Czas płynął nieubłagalnie i należało zbierać się w drogę powrotną do domu. Nie wiem co działo się póśniej bo na mnie też w końcu przyszedł czas ale sądzę, iż było miło i wesoło.

Jjoan