Sprawozdanie ze zlotu klubowiczów - fanatyków Programu Trzeciego (wersja tendencyjna i poprawiona)
Jak wszyscy wiedzą trzeciego lipca w trójce mieliśmy spotkanie kanałowczów (he he fajnie brzmi ta nazwa, mnie kojarzy się ona ze ściekami)
Zaczęło się troszkę drętwo (noo może przesadzam, ale ja z początku czułem
się głupio; osobiście znałem tylko Yennefer).
Godzina 15.30 wpadam do trójki zdyszany... uuuufff nie jestem spóźniony:)
Udało się. Rozglądam się. Na sali kupa ludzi...
Patrzę ... jest Yenna ! Aha, wiec ta grupka dziwnie wyglądających osób to
ludzie z kanału :)) Okej...
Jeszcze tylko rundka honorowa, każdemu uścisnąć rękę, wciąż powtarzając :
"cześć jestem Studio..." hmmm było tego ze 20 razy...
O ile dobrze pamiętam byli tam : GeRhArD, Yenna, Brzoza, Kobyła,
Cezane, Studio, Szafot, zabusia, Animal, QuarK,
Gandalf, jjoan, falarek, dracu, Inez, Bobi,
Pjotrr, Spajder, PeterB.
Ufff koniec, powoli rozmowy zaczynają się kleić ...
Jest spox... sytuacja pod kontrolą... nad wszystkim panują opy :))
Tak koło 15.45 Gerhard znikł... mijają minuty ... wszyscy czekamy na Marka
(Niedźwiedzia). hmmm wraca Gerhard ze smutną miną : "Niedźwiedzia nie
będzie, rano pojechał na miasto i jeszcze nie wrócił" ... Trochę to popsuło
nasze humory, lecz nie na długo ... :) Odbyliśmy małą wycieczkę po trójce,
to poprawiło humory, dało pierwsze tematy do rozmów... he he impreza zaczęła
się rozkręcać... :) Od tej pory przestał się liczyć czas (przynajmniej dla
mnie), już nie patrzyłem na zegarek, wiec nie wiem ile co trwało. Z trójki
całą bandą poszliśmy do Łazienek Królewskich, gdzie Gerhard oficjalnie
wszystkich powitał na zlocie, troszkę powspominał ludzi już na kanał nie
wpadających... He he fajnie to wyglądało ... zebrała się kupa ludzi pod
pałacem na wodzie i nagle jeden z niech krzyczy na całe Łazienki :
"Zebraliśmy się dzisiaj ... Uważam zlot klubowiczów kanału trzeciego za
oficjalnie otwarty". W tym momencie wybuchły owacje, ludzie zatrzymywali się
patrzyli na nas z politowaniem, śmiali się, pokazywali nas palcami...
Musieliśmy wyglądać chyba głupio.
Potem udaliśmy się na ławeczki (gdzieś na terenie parku) gdzie wstępnie
zostaliśmy pogryzieni przez komary :)) Ale miały wyżerkę, lux. Tu pierwsze
osoby wpisały się do pamiątkowej księgi. Potem wszyscy pojechaliśmy na
starówkę. W drodze Szafot opowiadał o pracach jakie wykonywał, będąc jeszcze
dziecięciem. Jego to hojności zawdzięczamy niewiadomego pochodzenia i
czerwonego koloru napój gazowany.
W końcu dotarliśmy na Starówkę. Tu Yenna zaproponowała odwiedzenie takiego
jednego sklepiku :)) gdzie wszyscy zaopatrzyli się (w co nie muszę chyba
pisać) na dalsza drogę. Pytanie : gdzie idziemy ?
Krótka rozmowa z Gerhardem. Pomysł Yenny i mój, aby pójść na dół (tam na
dole jest taki skwerek z fontanną; 1 dywizji chyba), spotkał się z uznaniem.
Poszliśmy. Znów się na nas ludzie patrzyli jak na wycieczkę. Jesteśmy na
miejscu ... rozsiedliśmy się w cieniu pod drzewem przy fontannie. Było
fajnie ... Tu Szafota coś naszło;
zaczął drapać zabusie po plecach... nie spotkało się to ze zrozumieniem
drapanej (zabusia podobno obraziła się za to na Szafota). Szafot te pogłoski
dementuje, niestety nie słyszałem jeszcze zdania zabusi. Z ostatniej chwili
: zabusia nie obraziła się na Szafota, ale skreśliła go z listy
potencjalnych kandydatów na męża. [biedny Szafot] Po czym Szafot wpadł na
autogenialny pomysł, aby małpy (@) weszły na drzewo, co spotkało się ze
stanowczym sprzeciwem wyżej wymienionych. :) Tu wykruszyły się pierwsze
osoby. Tu też Kobyla zabawiał jakiegoś pieska (niestety nie znam się na
rasach psów) rzucając mu piłeczkę, którą ten przynosił. Zabawa mogłaby trwać
dość długo gdyby nie to, że po kilkunastu rzutach piesek potykał się o
własny język... :)) W tym momencie do akcji wkroczyła właścicielka
czworonoga, która wyraźnie obawiała się o jego zdrowie.
Pod fontannę, na Szafot`ową komórkę dzwonił Szaman, który z nieznanych mi
przyczyn nie pojawił się na spotkaniu. Piliśmy jego zdrowie, wznosiliśmy
toasty.
Około godziny 20.00 poszliśmy do Harendy.
Podobno jak na Harende było dużo ludu, ale jakoś znaleźliśmy miejscówkę.
Obsługa (czyt. kelner) w Harendzie była bardzo kumata.
Pierwsze zamówienie zostało zrealizowane po 5 minutach powtarzania co chcemy
i 25 oczekiwania (a myśmy tylko chcieli : 6x Guiness duży 6x Guiness mały 1x
Żywiec czy jakoś podobnie). Tylko Yennie zawdzięczamy to, że w ogóle coś
dostaliśmy. :) To Ona skrzętnie notowała co kto chce ...
Do 1.00 pozostało nas tylko pięciu twardzieli i Yenna. Reszta się zmyła; a
to do domu, a to do pociągów. Siedzieliśmy w Harendzie chyba do 2.00, przy
piwie i rozmowach. I siedzielibyśmy dłużej gdyby nie zasnął koleś od
muzyki...
Ja po godzinie i trzydziestu minutach słuchania tego samego kawałka już nie
mogłem wytrzymać (normalnie, jakby ktoś podpadł to bym pogryzł).
Poszliśmy ( wszyscy sześcioro ) zpowrotem na Stare Miasto, do punktu
widokowego, tego na skarpie. Yenna zaczęła się zastanawiać co za drzewo
rośnie u podnóża skarpy. Namówiła Gerharda żeby poszedł sprawdzić... Trawa +
rosa + skarpa + pivo + Gerhard = upadek.
Gerhard poleciał jak długi (hi hi).
Po całym dniu już wszyscy czuli się troszkę zmęczeni. Po krótkim ustalaniu
wszyscy stwierdzili, ze trzeba by wracać.
Rozstaliśmy się po w pół do trzeciej na skrzyżowaniu Nowego Świata i
Świętokrzyskiej. To koniec spotkania ...
Nic więcej nie było ... no ... może tylko Yenna spała na przystanku (mówiła
że jestem dobrą poduszką :)) ), ale to już nie jest oficjalna cześć
spotkania.
... i ja tam byłem, pivo piłem i świetnie się bawiłem ...