No i stało się.. Dzień przed wyjazdem trudno było mi uwierzyć, ze porwałam się na ten szaleńczy krok... Ale klamka zapadła, zgłoszenie poszło :-)

Prawie w środku nocy (dla niektórych to blady świt - chociaż zza mgieł mało co było widać), zabrzęczał telefon - FSO skutecznie pozbawił mnie śniadania - ale co tam - przygoda czeka! Zastanawiałam się jak wygląda człowiek, który był jednym z pierwszych przyjaznych dusz dla zagubionej owieczki (hm) podczas pierwszych logowań na # trojka. Ale ale... Saxo z brunetem czekało. Jeśli chodzi o to ostatnie, to w czasie czekania na invizigę i brataamena zdążyłam już poznać większą część życiorysu FSO...

Droga na Szczecin okazała się jednak właściwą drogą, do Wrocławia. Nieomylny wręcz instynkt FSO i dobra pamięć (a nawet wzrok nie zawiódł) , doprowadził nas szczęśliwie na Trzemeską. Chwila prawdy: poznam następną partię właścicieli znanych mi dobrze nicków. Szczerość witających przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania - mówię tu o reakcji Antośki, kiedy podając rękę z pewną dozą hm... rozczarowania (tu szeroki uśmiech w stronę wymienionej) mówiła: "O to Ty...o to tak wyglądasz...". No i formalności, czyli szukanie dokumentów, bankomatów, rezerwacja pokojów i wreszcie otrzymanie upragnionego kluczyka z bryloczkiem (zawsze fascynowała mnie wielkość bryloczków i ich niefunkcjonalność). I oczywiście pierwsze zdjęcia, flesze, autografy...a nie, to ostatnie to inna impreza. I wreszcie decyzja: ruszamy na podbój Wrocławia. Drobny deszczyk zdawał się nie przeszkadzać rozbawionej gawiedzi - nie przeszkadzał nawet 20-osobowej grupie rozciągnąć się na największego tasiemca świata. Ale jakimś szczęśliwym trafem udało nam się nie pogubić; dotarliśmy w jednym kawałku do pierwszej zatłoczonej jadłodajni, gdzie rozważaliśmy decyzję pozostania; ktoś nawet rzucił hasło o jedzeniu na stojąco, ale na całe szczęście nie został usłyszany, bo obraliśmy kurs na Misia, czyli potencjalne miejsce podawania zjadliwych posiłków za niewielkie pieniądze. I udało się - nareszcie jedzenie; dopalacze jakimi raczył nas FSO podczas podróży (czekolada i Pepsi), jakoś na mnie nie podziałały. Mała stolikowa rewolucja (tylko 99% stołujących się patrzyło na nas dziwnie) i ciepłe małe co nieco, poprawiły humorki i napełniły brzuszki. Pojedzeni zdecydowaliśmy większością za i przeciw, zwiedzanie miasta odłożyć na później i skorzystać z zamówionej knajpy (ukłony w stronę ziuty i Jej Znajomych). Azymut wyznaczony - można ruszać. Człap, człap, chlap, chlap - co tu dużo mówić, zlało nas potwornie. Zarówno ten człon (że się tak wyrażę) ekipy pod przewodnictwem Kopernicka, która wytrwale przez wielkie kałuże i jeszcze większe krople dotarła do Gawry, jak i tej, co tak samo zmokła ale postanowiła (z żalem stwierdzam) opuścić szeregi i podążyć za zewem zwanym małyszomanią. W tym samym czasie, kiedy owa część kanalarzy grzała się winem, oglądając latających facetów, "drużyna pierścienia" (a co tam! w końcu mieliśmy ^Gandalfa) ogrzewała się przy kominku, snuła opowieści o kulinarnych przeżyciach Dobranoc i Szarego (ku przestrodze - jeśli chcecie komuś uprzykrzyć życie, polecone przez powyższych: feta z dżemem), rozkoszowała podniebienie toną pączków (winowajcą był airborn - pyszne były te pączki!) i oczywiście sławnym już nad Odrą - własnoręcznie robionym, cytrynowym ciastem zelazka. Ech...nie mówię nic więcej, bo potwory ciasteczkowe mogłyby pisać i pisać. Podczas suszenia się, rozmów, przełykania różnokolorowych cieczy niewiadomego pochodzenia, powoli zaczęli docierać inni ircownicy (patrz pozostałe sprawozdania) - w tak zwanym międzyczasie, w drugim pomieszczeniu, chłopcy grali w kulki... :-) czyli - dla nowoprzybyłych: odbywała się partia gry w bilard. W każdym bądź razie nikt jeszcze nie dostał kulką po głowie... a panowie ograli się nawzajem i byli b. szczęśliwi i żyli długo... eeeeeeee... znowu nie ta bajka.

Zaczęły się schodzić rozśpiewane grajki, saloon powoli wypełniał się dymiącą gawiedzią, nam więc zostało przenieść się do wyznaczonego sektora, czyli sali obok z zabójczym stołem bilardowym. Po długim czasie reszta ekipy zrezygnowana brakiem naszego towarzystwa (no bo przecież nie powiem wprost, że skoki zostały przerwane...), raczyła zaszczycić nas swoją obecnością. Znów kolory w szklankach, długie rozmowy p życiu i ich uciechach, błyski fleszów (dla przyszłych fotografów: patrz podręcznik młodego fotografa, część I: redukcja czerwonych oczu), jeszcze raz błyski i jeszcze raz... aż w końcu zaczęła nas zagłuszać kapela - brać marynarska, a potem to nie wiem kto głośniej śpiewał FSO, czy oni ;-)

Nie tracąc wątku wspomnianej gry; powiem tylko, że już teraz wiem, że bilard to nie jest gra, gdzie trzeba trafić kijaszkiem w ciężką kulę (dla wytrawnych jak wino: bilę), ale jest to gra polegająca przede wszystkim na sprytnym podbiciu, odbiciu? kuli tak, aby zmylić przeciwnika i uderzyć najtrafniej w głowę - w tym przypadku ofiarą zaciekłej walki bilardowiczów, którą Niccol uraczyła ciosem, okazała się siedząca sobie spokojnie jakieś 4 metry dalej niewinna istota ;-)

Wracając do kanalarzy - godzina 22 wybiła - zaczęliśmy się zbierać. Tradycyjnie (?) rozdzieliliśmy się - część potuptała grzecznie do domku a druga ekipa pod wezwaniem Długich Piór postanowiła wykorzystać brak deszczu i ruszyła w miasto (w wolnym tłumaczeniu dla inszości: na miasto). Jakże piękny jest Wrocław nocą - i chociaż zgubiwszy na chwilę aval4ncha - udało nam się zwiedzić troszkę Wrocławia, Ostrów Tumski, piękne wrocławskie mosty... ech, zostanie w pamięci.

O pokojowej imprezie nic nie powiem, bo Morfeusz wzywał, więc oddałam się w jego ręce. A rankiem piękne słońce, więc szkoda marnować tak pięknie rozpoczętego dnia; śniadanko (tu pomoc FSO w zdobyciu pożywienia, za którą b. dziękuję i dzięki za chęć upolowania czegoś przez zelazko o airborna) i wyjazd w trasę. Umówieni w parku, pokonując mosty wiszące nad czeluściami Odry, klucząc po zawiłych, "pierwszych skrętach w lewo", dotarliśmy do niestety zamkniętego japońskiego ogrodu. W promieniach ciepłego słońca włóczyliśmy się szukając innych ircowników. Nie byłoby tradycją, gdybyśmy nie zgubili aval4nche'a, a raczej to On sam się nam schował (patrz zdjęcia z parku). Druga część kanalarzy znalazła się bez większego trudu, dzięki nieocenionym komórkom...Szarym też ;)

Ostatnia atrakcja to wejście do ZOO. My oglądaliśmy zwierzaki, a zwierzaki nas. Na całe szczęście lama nas nie opluła, lew nas nie zeżarł (choć podejrzliwie machał ogonem), nie wlazły nam żadne węże do kieszeni, tudzież inne okazy terrarium, brr - przypomniała mi się pewna skamielina łypiąca okiem, która okazała się prawdziwym potworem - krokodylem.

Ech i pierwsze pożegnanie z |ną i airbornem. Potem walka z techniką - telefonom komórkowym chyba powietrze zoo nie służyło zbytnio, wspólne poszukiwania siebie i ostanie uściski i całuski. Gnani przez FSO i zachodzące słońce, wpakowaliśmy się do boildu effessa i wraz z zelazkiem, zapasem czekolady i Pepsi, zostawiliśmy miasto Wrocław z jego pięknymi kamienicami, mostami i pozostałymi kanalarzami, z którymi nie mieliśmy się okazji pożegnać... co niniejszym czynię. Witała nas czeluść dnia codziennego ;) i potworna mgła - ale co tam! W takim towarzystwie nie straszne zakręty na drodze, której nie widać. Podwieziona z wielką pompą pod sam dom, uścisnęłam łapki towarzyszy drogi i pożegnałam się mówiąc: do zobaczenia jeszcze dzis na ircu!

I tak się skończył mój pierwszy zlot. Tym, których nie było pozostały nasze wspomnienia i zdjęcia:)