Czyli obserwacje własne nie zawsze słuszne a nigdy obiektywne...
Sobota zaczęła się bardzo wcześnie, co oznaczało pobudkę grubo przed 6 i konieczność załatwienia kilku spraw by móc jechać samochodem do Wrocławia. Zgodnie z umową pojechałem po cookie w okolice Tyńca [hehe i tak byłem jakieś 30 minut przed umową, i złapałem ją przy śniadaniu;)] potem dalej zgodnie z umową - po brataAmena i invizige. Poczekaliśmy na nich chwile na przystanku, krótkie powitanie, a potem gaz do dechy i niech gra muzyka czyli kierunek na Wrocław. Gdzieś pod Krakowem ktoś stwierdził że my chyba na Szczecin jedziemy [ładny ten Szczecin no nie?]. Potem poszło łatwo: Olkusz, Śląsk, Sosnowiec, Bytom, wjazd na A4 i hajda do Wrocławia. Tak przy okazji okazało się że stara droga na Wrocław opisana jest jako "objazd dla aut do 3,5t". Ale to wyszło dopiero w czasie powrotu. A4 do Wrocławia to szczyt nudy: 130 km/h, 90 minut jazdy, deszcz, i pustki obok drogi i na samej drodze. Sam Wrocław to jak dla mnie całkiem nieźle opisane miasto a schematyczna mapa z atlasu i pomoc cookie sprawiła że trafiliśmy na ul. Trzemeską bezbłędnie. Byliśmy jednymi z pierwszych.
Już na samym początki wystraszyłem cookie, gdyż zamiast do Gandalfa dodzwoniłem się do niej jak była w miejscu ustronnym... i na początku nawet nie zaskoczyłem. Był lekki ubaw:).
Sam hotel zwany "Trio" chyba z racji posiadanych trzech budynków, na mój parszywy gust, spadku po jakiejś bursie lub internacie. W środku całkiem całkiem, sala telewizyjna, pokoje czyste choć jak się potem okazało niektórzy spali ponoć z nogami na ziemi ;), poza tym w każdym pokoju była mała lodóweczka - super! Na zewnątrz no cóż dokładnie było znać wszelkie remonty i łatanie spadającego tynku. Cena pokoju dwuosobowego na łebka była niewysoka - jakieś 27 złotych. Dość szybko dobraliśmy się w pary. Konfiguracje były bardzo różne. Około 1.00 zameldowali się wszyscy przyjezdni [jakieś ponoć 18 osób - nie liczyłem, poza tym nigdy dobrze nie kojarze twarzy - ziuta i yenndza pamiętaja:)] i poszliśmy na miasto. Wrocław intensywnie padał - ktoś tam mówił o słoneczku w którejś pogodynce. Może wolne wzięło?!. Zwiedziliśmy na głodnego i mokrego kawałek Starego - Nowego Miasta. Gdzieś tam [ul. Ruska?] spotkaliśmy kochana osobę pamiętająca piękne błogie czasy archaiku - Tinuviel - która niestety ok. 3 musiała uciekać na jakieś juble rodzinne [żal, żal, za...]. Dostała też zaległą koszulkę kanałową sprzed trzech lat. Od razu posypały się wspomnienia i tłumaczenia czemu nas nie było [mnie] albo nie ma [ona] co się dzieje, co się działo itd. Doszliśmy do "Jasia i Małgosi" ale okazały się dla naszej niedużej grupki ma małe. Gnani głodem [mówię o sobie, i chyba nie tylko] trafiliśmy chyba do jakiejś studenckiej jadłodajni, zwanej Misiem, w stylu Żaczka - ceny jak porcje - mikre. Po krótkiej dyspucie zostaliśmy. Ludzie ustawili się w kolejce zaczęli studiować cennik i listę dań, inni poukładali stoliki w jeden rząd. Po chwili podszedłem przed cookie [wybacz!] i wybrałem wszystkie naleśniki z serem - potrójna porcja - ledwie 6 sztuk [dla innych - były naprawdę dobre, tylko za dużo cukru]. Kolejka wydała ponoć jęk zawodu. [Nie wiem - nie słyszałem miałem lepsze zajęcie:).] Nie obyło się bez pijaczka chcącego na coś mocniejszego. Ten i tak był miły... Syci i nieco ogrzani, wybyliśmy na deszcz i po dłuższych deliberacjach zdecydowaliśmy iść do "Gawry" - bardzo fajnej i miłej knajpki żeglarskiej. Gdzieś na 5 minut przed dojściem do niej grupka kanalarzy stwierdziła że dość już zmokła i postanowiła wracać do hotelu. [to była decyzja blondynki - kiedy my grzaliśmy się przed kominkiem w "Gawrze" pijąc różne fajnie napoje [np. zielone piwo, czy grzane wino] tamci szukali rynku... i mokli. De gustibus...
Bodajże airborn postawił z okazji swoich imienin [?] pączki a żelazko [bez okazji] placek... zdolny chłopak! Rozmowy i rozmówki trwały cały czas, kilka osób wymknęło się by pograć w bilard, a my po długim czasie przenieśliśmy się do sali bilardowej. Około 8.30 zaczął się zapowiadany koncert - Prawy Ostry. Grał fajnie. I mniej więcej od tego momentu się wyłączyłem i troszkę rozmawiałem tylko z airbornem, Pontim i Yellowe. Kapela grała metodą: jeden swój kawałek jeden "obcy". Zagrali między innymi London River, Molly Maquire i kilka innych. Atmosfera w knajpie była świetna: kupa dymu kupa piwa i kupa kultury... O zamówionej w tzw. między czasie pizzy nie wspomnę, nie ma o czym. Około 10 wybyliśmy - ja żałowałem - Prawy Ostry się dopiero rozgrzewał a grali naprawdę nieźle...
Za to zobaczyłem Ostrów Tumski w nocy pod znakomitym przewodnictwem Dobranoc. Ale po kolei. Zanim doszliśmy do Rynku "pani przewodnik" zaczęła opowiadać o mieście co jest w nim ciekawego, a moja żyłka historyka podjęła temat i tak to trwało. Znów się praktycznie wyłączyłem. [hehe - niewiele czasem do szczęścia potrzeba człowiekowi]. Mówiła różne rzeczy i pokazywała nam je w rzeczywistości [np. coś w stylu tysiąclatki niemal w centrum miasta]. Na rynku po sesji fotograficznej wspólnymi siłami ustaliliśmy że idziemy na Ostrów. Znów rozdzieliliśmy się i z "bandą" Pontiego spotkaliśmy się na moście na Wyspę Piaskową. Sam Ostrów to w zasadzie coś jak oddzielne miasto ze swoim własnym planem choć nie brak także kwiatków w stylu szkła i aluminium pośrodku starych kamienic.
W czasie powrotu do hotelu grupa żeńska dawała pokaz wokalny - aż echo niosło. W repertuarze na pewno było coś z kawałków harcerskich. A może się myle? Do hotelu doszliśmy około północy. Nocne Polaków rozmowy trwały ponoć do około 1.30 - 2 - wersja Pontiego. Ja szybko usnąłem. Ciszę nocną często i intensywnie przerywał łomot po drugiej stronie korytarza. Jakiś gość nawalony jak stodoła [nawalony był także następnego dnia ok. 10 - zdolny!] dobijał się intensywnie pukając pięściami i nogami do kumpla "bo miał klucze", ponoć także udzielał się wokalnie. Mnie nie obudził.
Niedziela powitała mnie ok. 8 ładnym słoneczkiem, chwile potem wybyłem po coś na śniadanie. Wiem już gdzie jest Tesco we Wrocławiu! A także to ze jakieś 900-1000 metrów to daleko [Dziwni ludzie...]. Śniadanie minęło ludzi się dobudzili najedli a część zdążyła się nawet wynieść chyłkiem. Coś koło 10 pojawiła się Tinuviel [faaajnie!] a my znów pojechaliśmy zwiedzać miasto, tuż po tym jak wymeldowaliśmy się z hotelu, - tym razem miały to być Ogrody Japońskie. Jechałem z cookie, żelazko i Pontim. Zgubiłem drogę - [no co?! tyle jest mostów, rzek i jakie skrzyżowania...] i przejechałem za daleko co nieco. Ale trafiłem! Grupy Dobranoc i Gandalfa szukaliśmy dobra chwilę. Ponoć były tam dwa wejścia. [Ciekawe gdzie...?!] Po spotkaniu gdzieś w okolicy Hali Ludowej okazało się że komórki też mają wolne : najpierw urlop wzięła Gandalfowa [organizator bez kontaktu ;)] a potem cookie. W końcu dzwoniłem grzecznościowo [chyba] na numer Iny [wyjaśnienie z dn. 1.12. - ponoć mrty]. Okazało się też że ogrody są zamknięte, poszliśmy więc do zoo państwa Gucwińskich. Byliśmy tam gdzieś ok. 12. I kolejne spotkanie z prehistorią kanałowa:), i ponownie z panafalarkowym odłamem. Bileciki były po dysze. Na wysokości lam zwiedzający rozbili się ma małe grupki. Ja trzymałem się z cookie i żelazko. W okolicy gryzoni spotkaliśmy Gandalfa i Dobranoc, przy piraniach falarka w miłym towarzystwie, za to przy gadach i płazach ja stałem się niemiły. Przypomniałem towarzyszom że musze się powoli zbierać bo chce być przed nocą za Śląskiem. Do wyjścia trafiliśmy bez problemu. Potem znów małe nieporozumienie, z Szarym szybko wyjaśnione i pożegnania. Jeszcze tylko oddanie plecaka Pontiemu i odjazd do Krakowa. Powrót odbywał się we trójkę: ja, cookie i żelazko. Tym razem trafiłem na drogę opolska. Po niecałych dwóch godzinach [1h 45 min?] byliśmy już w Strzelcach Op. Przez Śląsk przeskoczyliśmy nawet dość szybko. Szanty szły cały czas a rozmowy też były wesołe, zwłaszcza na temat pomysłów żelazka, jego teorii pijanych mrówek powiązanych z tworzeniem się kryształów [? - czy jakoś tak, nie jestem fizykiem]. Wesoły z niego facet nie ma co, przy tym skryty. Nie pochwalił się ze ma od kilku [4?] dni prawo jazdy [stan na niedziele 30.11]. Krótka przerwa przed Olkuszem, a potem do domu. Mgła była coraz gorsza, prawie przegapiłem ten zjazd na Zabierzów w Wielkiej Wsi. Cookie została podwieziona z szykanami - pod samą klatkę, pożegnanie i nadeszła kolej na żelazko - wysiadł przy dworcu, w ramach rekompensaty za trudy podróży z nim zostawił wałówkę [dobra była:)].
Jeszcze w niedzielę okazało się że wjazd na autostrade od Wrocławia to 20 minut stania [pozdrowienia dla Dobranoc i Gandalfa za cierpliwość ;)] a mgła pod Gliwicami znacznie gęstsza niż pod Olkuszem... Tego samego dnia kilka osób na kanale potwierdziło swój dobry stan...
Fajnie było.