Wszystko zaczęło sie od Niespodzianki... Czekała już w umówionym miejscu o umówionej porze, więc wystarczyło podejść i zaprosić ją do pojazdu. Pojechałyśmy najpierw kupić mapę miasta, oddalonego o jakieś 160 km, do którego przeznaczone nam było tego dnia dojechać.

Podczas gdy ja kupowałam rzeczoną mapę, Niespodzianka postanowiła sprawdzić, czy przypadkiem już w Poznaniu nie zostanie odkryta przez swojego Adresata. Niestety, Adresat odjeżdżał właśnie pociągiem w kierunku, w którym i my miałyśmy zmierzać. Nie zwlekając więc ani chwili dłużej zapakowałysmy się do pojazdu i już po paru minutach byłyśmy na trasie relacji Poznań - Wrocław.

Zanim dotarłyśmy do miejsca przeznaczenia, przy ulicy Trzemeskiej we Wrocławiu, zaczął padać jesienny deszcz, a my, pomimo posiadania zakupionej przed 2 godzinami mapy, zdążyłyśmy zgubić sie wśród krętych ulic wrocławskiej aglomeracji.

Kiedy wreszcie dotarłyśmy do hoteliku, okazało się, że czeka już tam spora grupka na czele z Dobranoc i Gandalfem, witających przybyłych z usmiechem na twarzy i listą obecności w rękach. Niespodzianka pierwsze kroki skierowała w stronę swego Adresata - Falarka, który rozpoznał w niej nie kogogo innego, jak właśnie Antonyę we własnej osobie.

Spośród czekających zapamietałam Zelazko, _cookie, Avalanche, FSO i Yellowe (ten ostatni dzierżył w dłoni zawiniątko w kształcie... butelki czegoś mocniejszego zdaje się...). Po chwili pojawili się Skoczek i Mrta, NICOLL, Nika, Inviziga z BratemAmenem oraz Airborn. No i oczywiście Kopernic.

Po kilku dłuższych chwilach, podczas których wszyscy nocujący w hoteliku dokonywali formalności płatniczo-meldunkowych, a kierownictwo zlotu w osobach Dobranoc i ^Gandalfa zastanawiało się czy dotrze do nas Becia i Hatsumomo (które ostatecznie nie dotarły), wyruszyliśmy na podbój Wrocławia. Podbój nie okazał się do końca przyjemnym ze wzgledu na padający coraz mocniej deszcz. Zmoknieci, głodni, ale w raczej dobrych humorach podreptaliśmy po wrocławskich kałużach w stronę baru "Miś" (wcześniej sprawdziliśmy, że nie ma dla nas miejsca w "Jacku i Agatce"). Po drodze przeszliśmy przez Stary Rynek, który wcale starym rynkiem nie jest, spotkaliśmy (a może to oni nas spotkali?) KoopHeLLa, ^Bruno i SpecialKę, Skoczek zrobił zdjęcia kilku cyborgom, a Kopernic wytłumaczył mi zawiłości wrocławskiego centrum. Po tym pełnym wrażeń spacerze po kolei ludzkośc zaczęła zamawiać obiady. Były i pierogi, i naleśniki z serem, i zupa ogórkowa, i kopytka z sosem grzybowym, i pomidorki, i kompocik, i cała masa róznych dań, jak przystało na menu szanującego się i ekskluzywnego baru mlecznego. Warto w tym miejscu odnotować, że trafiliśmy na nielada promocję: kupując np. kopytka czy fasolkę po bretońsklu w zestawie z coca-colą można było zaoszczędzić aż 0,30 gr! No i, co ważne, kopytka ze zdjęcia nie rózniły się zbytnio od tych na talerzu.

Po obiedzie towarzystwo opusciło "Misia" i z tego, co pamiętam dłuższą chwilę zastanawiało się, co zrobić i w którą stronę się udać. Wcześniej przygotowane plany popsuł bowiem padający coraz mocniej deszcz. Tu następuje pierwsza dziura w mojej opowieści, gdyż upewniwszy się, czy ^Gandalf będzie potrafił odebrać telefon i poradziwszy sie Kopernika, czy w dobrą stronę zamierzam pójść, opusciłam zlotowiczów na długie 2 godziny.

Jakież było moje szczęście, gdy po tym czasie w zupełnie innej części Wrocławia ujrzałam ^Gandalfa stojącego pod budynkiem z migającym czerwonym neonem, jak machał ręką i mówił w tym samym czasie do telefonu, ze właśnie stoi i macha, żebym się nie zgubiła! Budynek z neonem okazał sie Gawrą, w której kilka osób juz piwkowało i suszyło się przy kominku. Na stole królowały urodzinowe pączki Airborna i cytrynowe ciasto przygotowane przez Zelazko. W towarzystwie prym wiódł FSO, snując na przemian z Dobranoc opowieści górskie. Czegos mi jednak brakowało... No tak, po chwili zorientowałam się, ze nie byliśmy w komplecie. Jak się miało okazać w ciągu mojej krótkiej nieobecności Skoczek, Mrta, BratAmen, Invizga, Antonya, Falarek, Yellowe, NICOLL i chyba ktoś jeszcze, ale z powodu dziur w głowie, nie pamietam kto, wrócili do hotelu, gdzie prawdopodobnie trochę spali, trochę sie suszyli i trochę oglądali skoki narciarskie z Adamem Małyszem w roli głównej.

Tymczasem gawrowa kompania przeniosła się do sali z bilardem, a na scenie zaczęli powoli instalować się muzycy. Miał się bowim odbyć tego wieczoru koncert szantowy.

Czas mijał bardzo szybko na rozmowach o wszystkim i niczym. Zanim się spostrzegłam, musiałam po raz kolejny opuścić to przemiłe towarzystwo. Nie wdając się w szczegóły - pojechałam spać.

Niedzielny poranek przywitał słońcem i telefonem od ^Gandalfa. Nie zwlekając ani chwili pospieszyłam po, jak się okazało, Falarka, Antonyę i Kopernika, aby wspólnie udać się do wrocławskiego ZOO. Tam spotkaliśmy się z pozostałymi zlotowiczami.. W ZOO było jak w ZOO. Oglądaliśmy zwierzaki, czasem to one oglądały nas (patrz: zdjęcia avalanche). Pogubiliśmy się trochę wśród alejek, widzieliśmy parujące drzewo i tygrysa bengalskiego z odmiany białej. Airbornowi spodobały sie kosmate ptaszniki. Niestety spacer po ogrodzie zoologicznym szybko dobiegał końca: trzeba było odtransportować Falarka na pociąg. Po drodze do wyjścia pożegnaliśmy się z tymi, których zdołaliśmy spotkać i wraz z Antonyą i Airbornem pojechaliśmy na dworzec PKP. Falarkowy pociąg już czekał. To był pierwszy smutny akcent tego zlotu. Odjechał Falarek. Potem spotkaliśmy jeszcze KoopHella i ^Bruna w towarzystwie SpecialKi, którzy też już odjeżdżali.

Ponieważ Airborn strasznie się niecierpliwił postanowiliśmy i my zapakować się do samochodu. W przypływie sympatii dla naszego dużego przyjaciela zgodziłyśmy się z Antonyą powieźć go do.. ekh, miasteczka o nazwie Oborniki Śląskie. Wprawdzie nie jest to daleko od Wrocławia, ale prowadzi tam dość kręta i wąska droga. Znużeni 1564 zakrętem w końcu dotarlismy do Obornik, gdzie nadszedł czas pożegnania z Airbornem. Jak przystało na dużego i silnego mężczyznę, Air wyściskał nas porządnie i wraz ze swym plecakiem pełnym niespodzianek oddalił się w kierunku bliżej nieokreślonym. Kątem oka widziałam go jeszcze w bocznym lusterku samochodu, wchodzącego do sklepu spożywczego.

Pozostawiwszy za sobą Airborna i Oborniki oraz Wrocław i wszystkich, którzy w nim jeszcze pozostali skierowałyśmy się z Antonyą na północ, gdzie w odległości około 150 km czekał na nas Poznań. Za nami powoli gasło czerwone słońce, przed nami zaczynał się jesienny wieczór. Wrocławski zlot #trojka odchodził powoli w przeszłość...

Za wszelkie dziury w opowiesci odpowiadam ja. Wszelkie nieścisłości są prawdopodobnie spowodowane również dziurami, ale w mojej głowie dla odmiany. Wszelkie uwagi, komentarze i uzupełnienia można kierować na karolina@wonder.pl, ale może lepiej na gandalf@irc.pl...?