Sponiewierany, zmieszany z błotem, przesiąknięty kwaśnym deszczem wrogiego Wrocławia dojrzałem do decyzji. Nie chciałem już iść przed siebie, chciałem iść w konkretne miejsce - z powrotem do hotelu, królestwa grzejników i skarpetek na zmianę.
Parę godzin wcześniej zmokliśmy tylko odrobinę, nieskutecznie goniąc Airborna z dworca Wrocław Główny do hotelu, gdzie z marszu zajęlismy się wywieraniem pierwszych wrażeń i tym co widać zwykle na spotkaniu ludzi, którzy albo wyglądają już inaczej niż poprzednio, albo nigdy się nie widzieli, choć nie można powiedzieć, że się nie znają. Aha, to ty jesteś Skoczek, cześć. Cześć. Dwa dni to oczywiście za mało, żeby się poznać, w sam raz, żeby cieszyć się spotkaniem z przyjaciółmi. Zresztą - o to przecież chodzi, prawda? Nie tylko o oglądanie twarzy niewidzianych dotąd znajomych z internetu, nie o szukanie płaszczyzny porozumienia dla skrajnie różnych osób, nie o "integrowanie się" (cokolwiek to znaczy). Inna rzecz, że porozmawiałbym chętnie dłużej z kilkoma osobami - ale czasu brakło.
Zmokliśmy mocno podczas tournee po mlecznych barach, z którego sprytnie urwał się Airborn. Niby każdy z nas w pewnym momencie miał dość, ale z podejmowaniem decyzji jest tak, że wolisz żeby ktoś inny zrobił to za ciebie. Szliśmy więc gdzieś, woda w butach, nie wiadomo jak jeszcze daleko, aż niektórym z nas przestało się chcieć. Wróciliśmy do hotelu, gdy w końcu udało nam się ustalić czego chcemy, czy na pewno, kto ma w końcu zdecydować co robimy i gdzie właściwie jest ten hotel.
W tym samym czasie ci bardziej odporni siedzieli w Gawrze przy kominku i udawali, że wcale nie mają ochoty na gorący prysznic.
Po zgrubnym osuszeniu pointegrowaliśmy się co nieco w pokoju Invizigi i Bratamena, wypiliśmy ostrożnie młode wino z plastikowych kubeczków, zignorowaliśmy kilka rozpaczliwych telefonów z knajpy ("przychodzicie czy nie?"), obejrzeliśmy przerwaną retransmisję skoków w towarzystwie kilku młodych ludzi nadużywających alkoholu, wydaliśmy majątek na kawę z automatu, włożyliśmy folię do przemoczonych butów i ruszyliśmy na odsiecz - tym razem jednak wykorzystując tramwaje (elektryczność w służbie człowiekowi). Posiedzieliśmy trochę w knajpie, po czym wykorzystując świeżo nabytą umiejętność podejmowania decyzji jak gdyby nigdy nic wróciliśmy do hotelu, żeby rozmawiać do późna przy reszcie wina czekającego w lodówce, którą uruchomił Bratamen aby uzasadnić cenę noclegu.
Następnego dnia już nie padało. Próbowaliśmy bez większych sukcesów zjeść śniadanie na rynku, po czym pojechaliśmy milion przystanków na wschód do Zoo. W zasadzie w ramach protestu przeciwko czemuś tam i tak nie zamierzaliśmy wchodzić - cena biletu wcale nie była taka najważniejsza. Sfotografowaliśmy żyrafę nielegalnie zza płotu. Niestety nie widzieliśmy Gucwińskich, może byli gdzieś w głębi.
Dzień zakończył się w herbaciarni. W herbaciarni wypiliśmy herbatę. Potem odprowadzaliśmy się nawzajem na pociągi, co było b. miłe. Nicoll kupiła serduszka na drucie. Yellowe walczył z bankomatami. Ja dostałem kataru - zresztą chyba wszyscyśmy dostali. Pociąg mieliśmy opóźniony. Jakiś pan na peronie opowiedział nam jak trudno być epileptykiem. Zapamiętaliśmy, że we Wrocławiu wydrążona bułka nazywa się knysza. W końcu wróciliśmy do domów i żyliśmy długo i szczęśliwie.